Nie wiem, o czym to ma świadczyć, ale od dłuższego czasu rozmawiam ze zwierzętami. Jak św. Franciszek. Tyle że ani Franciszkiem nie jestem, ani tym bardziej świętą.
Zaczęło się od słonia z poznańskiego ZOO. Później przyszła kolej na psy. A właściwie na Toffi, z którą prowadzę regularne rozmowy. Co więcej, ona potrafi mnie wciągnąć w swoje zatargi z pawiem, bocianem, a nawet kogutem zza płotu.
I właśnie wtedy...
– Czuję się zdezorientowana – odezwała się pani Muszyńska, materializując się nie wiadomo skąd. – Nie wiem, czy mam się obrazić.
– A niby o co?
– Skoro po rozmowach ze słoniem spadłaś na psy, a po rozmowach z Toffi twierdzisz, że sięgnęłaś dna... to na jakim poziomie umieszczasz rozmowy ze mną?
– Zaraz, zaraz... – przerwałam jej. – Jak ty się tutaj w ogóle dostałaś?
Muszyńska westchnęła z pobłażaniem.
– Normalnie. Na legalu.
– To znaczy?
– Wjechałam na ogonie Toffi.
🪰 Z pamiętnika pani Muszyńskiej
Dzień 4
Podróż na ogonie psa okazała się zaskakująco wygodna.
Biletów nikt nie sprawdza.
Toffi niczego nie zauważyła.
A pani domu nadal jest przekonana, że dostaję się do środka przez otwarte drzwi.
Niech tak zostanie.
😊

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz