Zatrzymała się tam, gdzie czas nie ma głosu,
Pod koroną, co kradnie bieli chłodną ciszę.
Klon – jedyny świadek minionego losu –
W dłoniach wiatru swe liście jak wspomnienia kołysze.
Wyciągnęła dłoń, by dotknąć płomienia,
Co nie parzy, lecz koi w mroźnym powietrzu.
Wszystkie dawne słowa, wszystkie niespełnienia,
Rozwiały się nagle w tym zimowym wnętrzu.
Pod jej stopami śnieg już nie jest pusty,
Znaczy drogę powrotną lub nowe czekanie.
A klon sypie krwią liści na białe chusty,
Pisząc na mrozie ciche pożegnanie.
Pochyliła się nisko, gdzie czerwień się kończy,
Gdzie mróz rzeźbi w bieli swe chłodne koronki.
Tam, w puszystej zaspie, blask nagły i obcy
Przebił się przez zimowe, uśpione rozłąki.
Złoty klucz – ciężki, lśniący, rzeźbiony w marzenia,
Spoczywał w lodowej, przejrzystej pościeli.
Jak gdyby ktoś rzucił go tu z zapomnienia,
By w sercu tej zimy odwagę budzili.
Gdy ujęła go w palce, śnieg syknął pod ciepłem,
A świat wokół klonu jakby drgnął w posadach.
Czy to brama do wspomnień, co dawno już zwiędły?
Czy do jutra, co w płaszczu z purpury się skrada?
Trzyma klucz, a wiatr cichnie, wstrzymując swe tchnienie,
Czerwień płaszcza i liści w jedno się zlewa.
Znalazła odpowiedź na każde milczenie,
Które dotąd szeptały zaśnieżone drzewa.
Z kluczem w dłoni, co ciepłem tętnił nieustannie,
Ruszyła w stronę wzgórza, gdzie mróz rzeźbił cienie.
Tam, pod całunem bluszczu, co w zimowym stanie
Skrył stare mury – poczuła nagłe drżenie.
To nie był tylko głaz, nie tylko ściana głucha,
Lecz wrota wykute w metalu i czasie.
Oplątane cierniem, co mroźnych skarg słucha,
Zarośnięte ciszą, ukryte w bieli pasie.
Zadrżała dłoń kobieca, gdy metal dotknął lodu,
A zamek – stary strażnik – ustąpił z cichym jękiem.
Jakby otwierał drogę do dawnego ogrodu,
Co dotąd był jedynie sennym, mglistym lękiem.
Pchnęła ciężkie skrzydło, a śnieg sypnął z góry,
Odsłaniając przestrzeń, gdzie zima nie sięga.
Zostawiła za sobą mróz i białe chmury,
Tam, gdzie w czerwieni płaszcza nowa tkwi potęga.
Przekroczyła próg zimnej, kamiennej granicy,
Gdzie mróz nagle stopniał w złocistym południu.
Zostawiła za sobą biel mroźnej tęsknicy,
By stanąć w ogrodzie, co nie zna grudniów.
Szkarłat jej płaszcza, dotąd krwawy na śniegu,
Zatopił się w morzu róż i nieznanych kwiatów
Tu czas nie ucieka w szalonym swym biegu,
Lecz drzemie w błękicie na progu światów.
Zapach jaśminu i nagrzanej ziemi
Otulił ją czule, jak dawna piosenka.
Pomiędzy kwiatami, w słońcu promiennymi,
Zniknęła ta droga – jest furtka i wnęka
Klucz w jej dłoni zgasł, spełniwszy zadanie,
A klon za drzwiami wciąż sypie czerwienią.
Tu kończy się zima, a zaczyna trwanie,
Gdzie na zawsze się w słońcu mienią.